Nie wiem jak zacząć, nie wiem od czego… Tyle tego wszystkiego w moim życiu się wydarzyło. handsWszystko ważne, bo każdy dzień był skutkiem poprzedniego i przyczyną następnego. Może zatem najpierw od końca.

 
Mam na imię Dorota i jestem alkoholiczką. 18 kwietnia minęła ósma rocznica mojego trzeźwienia i dziś, z pełnym przekonaniem mogę stwierdzić, ze jestem człowiekiem pełnym radości i chęci do życia, a co dla mnie równie ważne – szczęśliwą, spełnioną kobietą.
A teraz od początku.
Muszę w tym miejscu napisać parę słów o swoim dzieciństwie, bo mimo, ze było długo przedtem, zanim odkryłam zbawienną moc alkoholu – tak naprawdę zaważyło na większości tego, co nastąpiło potem... Urodziłam się w tzw. dobrej rodzinie, w której nie było alkoholu, przemocy, żadnych patologii, ale… nie było także miłości – nie było jej dla mnie… Jedynym moim zadaniem było nie przeszkadzać, nie sprawiać kłopotów, nie zajmować nikogo swoim istnieniem. Moja matka chorowała na SM i w związku z tym miała bardzo poważne problemy przy moich narodzinach. Opowiadała mi często jak powitała mnie na tym świecie słowami: Boże! Tyle się namęczyłam i dziewczyna - brrrr !!!... Śmiała się przy tym. Ja tez się wtedy śmiałam. Dziś nie jest mi do śmiechu, gdy myślę jak inaczej mogłoby wyglądać moje życie bez tej ustawicznej walki pomiędzy moją bezsprzecznie kobiecą naturą, a pragnieniem zasłużenia na akceptację matki i to nawet na długo po tym, gdy umarła. Podświadomie wyszukiwałam dowodów, na to, że nie jestem taka jak inne dziewczynki, a potem inne kobiety. Doprowadziłam w końcu do tego, że przez większość życia miałam ogromny problem z tożsamością. Konflikt wewnętrzny rozpoczęty od niemożności utożsamienia się z płcią, z czasem opanował pozostałe sfery mojego życia. Czułam się jakoś tak „pomiędzy” albo „nigdzie”. Z jednej strony pragnęłam gdziekolwiek przynależeć, zaś z drugiej – miałam wieczne poczucie, że nigdzie tak do końca nie pasuję… Łasiłam się do ludzi, biegłam wszędzie, dokąd mnie zawołali, nie zastanawiałam się, czy czyjeś towarzystwo mi pasuje, czy jest dla mnie odpowiednie – jedynym kryterium wyboru był fakt, że mnie chcą; nieważne dlaczego i po co…
W wieku 15 lat po raz pierwszy spróbowałam alkoholu – zaczęłam od razu od wódki. Nigdy nie zapomnę tego fantastycznego, wypełniającego mnie uczucia ulgi, jakiego doznałam już po pierwszym kieliszku. Nagle, jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki, ustąpiło całe napięcie, żal, gorycz i smutek - przestałam być „inna”. To był przełom – właśnie odkryłam lekarstwo na wszystkie moje bóle! 
Wiele lat później poznałam ludzi, którzy po latach udręki spowodowanej uzależnieniem są trzeźwi i szczęśliwi. Mawiają oni m.in.: Przyznaliśmy, że jesteśmy bezsilni wobec alkoholu, że przestaliśmy kierować własnym życiem… No właśnie. Tamtego lutowego dnia, kierowanie moim życiem (pośrednio lub bezpośrednio) przekazałam na wiele, wiele kolejnych lat wódzie, tylko, że wówczas nie miałam o tym pojęcia. Wydawało mi się, ze panuję nad tym wszystkim, tylko rzeczywistość mnie przerasta, że na trzeźwo po prostu nie dam rady znieść losu, jaki przypadł mi w udziale. Byłam przekonana, że wszystko, co mnie spotyka jest wynikiem jakiegoś horrendalnego pecha, pasma nieszczęśliwych zbiegów okoliczności. Piłam, bo byłam nieszczęśliwa, Piłam bo byłam samotna. Piłam, bo nikt mnie nie rozumiał. Piłam, bo „ktoś” zabrał mi moje życie i siłą wepchnął mnie w jakieś inne – nie moje. Piłam, bo urodziłam się w nieodpowiednich czasach, w nieodpowiedniej rodzinie. Piłam, bo nie wyglądałam jak dziewczyny z bilbordów. Piłam, bo nikt mnie nie kochał. Piłam bo, bo, bo... - nie wystarczyłoby papieru na wypisanie tych wszystkich powodów… 
Moja samoocena, poczucie własnej wartości były na tak niskim poziomie, że chyba nie znalazłyby się na żadnej skali. A z drugiej strony, gdzieś w głębi duszy, czułam się dobra, szlachetna, pełna pozytywnych wartości, zdolna do miłości, poświęcenia, altruizmu, itd., itd. Miałam jednak przeświadczenie, że nikt mnie nie potrzebuje takiej, jaką jestem, że to, co mam do zaoferowania jest niewystarczające do zrównoważenia tych wszystkich moich niedostatków, wad, niedoskonałości. Przekonanie, że tak strasznie nie pasuję do tego świata, ze nie mam na nim własnego miejsca ani nikogo, dla kogo byłabym ważna, potrzebna, niezastąpiona – powodowało cierpienie, którego nie mogłam ukoić niczym poza alkoholem. Zresztą – dość szybko przestałam szukać jakiegoś innego sposobu na odzyskanie spokoju i radości życia. Myślałam po prostu, ze cokolwiek zrobię, to i tak nie zda się na nic, bo taka już widać moja karma – cierpieć z powodu okrutnego losu, niedoceniona przez podłych, bezdusznych ludzi. Nie chciałam już niczego więcej, jak tylko przetrwać, nie cierpieć, nie czuć bólu (z czasem wręcz fizycznego). Wódka była w zasięgu ręki, a co najważniejsze – działała natychmiast, 
Nigdy nie przemknęło mi przez głowę, że wszystkie te rzeczy, które brałam za przyczyny – były w rzeczywistości skutkami, że każdy kolejny kieliszek pogłębia pustkę, niezgodę, izolację, ból i samotność. Beznadziejnie czekałam, że coś się zmieni, że stanie się cud, ze zjawi się jakiś przysłowiowy książę na białym koniu i zabierze mnie z tego bagna, które mnie otacza. Kompletnie nie kojarzyłam, ze bagno jest częścią mnie, jest we mnie, a nie na zewnątrz, że moje życie w doskonały sposób wypełnia najkrótszą definicję obłędu „robisz w kółko to samo, a oczekujesz zmian”.
Ta moja choroba, alkoholizm, działa tak, że paradoksalnie – w krótkich przebłyskach świadomości, gdy docierało do mnie, co ja wyprawiam, jak po kolei rujnuję wszystko, co kiedyś było ważne (dom, rodzina, dzieci, mąż, praca, szacunek, godność, moralność, wiara, uczciwość, przyjaźń, zaufanie, odpowiedzialność, etc) – byłam tak zdruzgotana i przerażona, że nie mogłam tego znieść i … musiałam się napić, żeby przeżyć.

Moje wyobrażenie alkoholiczki nie odbiegało znacząco od powszechnego stereotypu – brudnej, zaniedbanej, śmierdzącej pijaczki, śpiącej byle gdzie i z byle kim, pijącej denaturat albo tanie wina…. A ja cóż ? Nie spałam na dworcu, nie kradłam po sklepach, nie byłam w areszcie, w izbie wytrzeźwień, nie „dawałam” za flaszkę, nie straciłam rodziny, pracy, domu…. itd., itd… 
Bardzo długo nie mogłam dostrzec, że od dawna jestem już na dnie, którym była kompletna i całkowita ruina mnie samej, mojego wnętrza i relacji bliskimi. W jakimś momencie z przerażeniem stwierdziłam, że wszyscy ważni dla mnie ludzie przestali już interesować się tym czy piję, czy nie piję i w ogóle, co się ze mną dzieje Spełnił się koszmar, przed którym przy pomocy wódki chciałam uciec. Przestałam istnieć, przestałam mieć znaczenie… 
Dziś wiem, ze wszystko to, co mieści się w stereotypie brudnej pijaczki – było także dla mnie tylko kwestią czasu, gdybym któregoś dnia nie dostąpiła łaski uwolnienia od obsesji picia. Stał się cud, o którym pisałam wcześniej, tylko, że nie książę na białym koniu był jego sprawcą, a szarpiący się w delirium pijak przypięty pasami do łóżka na detoksie w Ząbkach. To dziwne i niewytłumaczalne, ale właśnie tak było. Nagle, w jednej chwili zrozumiałam, poczułam całą sobą kim jestem. I co dziwniejsze, zamiast przygnębienia, moje utożsamienie się z tym „menelem” (tak wtedy myślałam o tamtym człowieku) przyniosło mi niespotykaną wcześniej ulgę. Tak – w końcu byłam kimś naprawdę, w 100%, bezapelacyjnie, niepodważalnie. Po tych wszystkich latach, kiedy nie byłam tak naprawdę ani kobietą, ani matką, ani żoną, ani pracownikiem, koleżanką (chyba nawet człowiekiem już przestałam się czuć) – nagle miałam coś, czego mogłam się uchwycić. I tak właśnie zrobiłam. Niedługo po wyjściu z detoksu podjęłam terapię na Oddziale Dziennym na ul. Zgierskiej. Dowiedziałam się tam bardzo wiele o chorobie alkoholowej, o jej mechanizmach, o tym dlaczego żyłam… właśnie tak, jak żyłam. Zrozumiałam, że piłam nie dlatego, że jestem zła, podła czy głupia, ale dlatego że jestem chora na alkoholizm, który tak właśnie się objawia – utratą kontroli nad piciem dokładnie w chwili sięgnięcia po pierwszy kieliszek. 
Terapia pozwoliła mi odzyskać moje życie, ale także wziąć za nie odpowiedzialność – bo z niejakim zdumieniem dowiedziałam się, że to nie „ktoś”, nie los ani nie zbiegi okoliczności odpowiadają za to jak myślę i co czuję, tylko ja sama…
Pamiętając, o tym, co stało się z moim życiem, ze mną samą, a też i o tym, że alkoholizm jest chorobą przewlekłą i postępującą i śmiertelną, nie sięgam dziś po ten pierwszy kieliszek. W terapii dostałam wszystkie potrzebne „narzędzia” do radzenia sobie z problemami bez używania alkoholu. No i radzę sobie. Coraz lepiej sobie radzę. Cały czas pracuję nad tym, by się wzmacniać i rozwijać. Dużo czytam, spotykam się i rozmawiam z ludźmi podobnymi do mnie, korzystam z ich doświadczeń. Mam przyjaciół – kilku, ale za to prawdziwych, przez duże P. Nie czuję się już inna, wyrwana z kontekstu. Czuję jak moje wnętrze, które przez tamte poprzednie lata stało się wypaloną, pustą „czarną dziurą” powoli zapełnia się kolorami, uczuciami. Żyję. Po prostu żyję... 

Dorota alkoholiczka



 W poszukiwaniu… ulgi


Mam na imię Tadeusz i jestem alkoholikiem. Urodziłem się prawie pół wieku temu w małym miasteczku na tadeuszwschodzie Polski.

Dom jak dom, taki sam, jak wiele innych I dzieciństwo także zwyczajne. Może nie idealne, ale tez nie najgorsze. Rozwiedzeni rodzice, przyzwoici dziadkowie, alkohol tylko z okazji rodzinnych uroczystości.. Ale coś było nie tak… nie z domem, nie z ludźmi, którzy mnie otaczali… ale ze mną. Jakieś wrażenie, że nie bardzo pasuję do tego domu, szkoły, do tego miasteczka. Tak jakbym urodził się nie na tej planecie, na której powinienem. Życie, nawet w dzieciństwie, z tym ciągłym myśleniem o sobie, o tym jak mnie widzą, co o mnie myślą i uczucie niedopasowania do realnego świata. Ucieczka w książki, fantazje i marzenia. Pewnie typowe dla wielu dzieciaków, mnie jednak to pozostało na lata. Dzisiaj wiem, że towarzyszyły temu uczucia lęku, wstydu, poczucia winy (często bez żadnego konkretnego powodu) stan, który jak wiele lat później przeczytałem w Wielkiej Księdze dr Silkworth nazwał stanem niepokoju, rozgniewania i rozgoryczenia. I życie moje, jako dziecka, skoncentrowane było na znalezieniu uczucia ulgi. Szukajcie a znajdziecie, mówi ludowa mądrość. I znalazłem. W wieku lat siedemnastu. Nigdy nie zapomnę tego uczucia i stanu, w którym się znalazłem po wypiciu pierwszych łyków taniego wina, gdzieś w jakimś sadku. ULGA………to było wspaniałe uczucie. I chciałem pić więcej, od razu zakochałem się, może nie w alkoholu i w jego smaku (czasami był ohydny), ale w stanie, który powodował. Zdawało mi się wtedy, że znalazłem swoje miejsce na ziemi. Znikało jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki to uczucie wyobcowania. To była już ta planeta. Bardzo szybko picie alkoholu stało się najważniejszą czynnością mojego życia. Starałem się to ukrywać, czasami racjonalizować i usprawiedliwiać. Ale bylem w stanie zrobić wszystko by się napić. Dość szybko zacząłem przekraczać granice dobrego wychowania, zasad moralnych i przekonań, których tak bylem pewien. Szybko zacząłem akceptować rzeczy i zachowania, które w teorii były dla mnie nieakceptowalne. Kłamstwa, drobne, kradzieże pieniędzy z portmonetki mojej mamy. Liczyło się tylko jedno. ULGA. Moje picie dość szybko zmieniło i zweryfikowało moje plany życiowe. Degradacja środowiskowa (byłem w stanie pójść by pic alkohol do ludzi, którymi gardziłem), utrata zainteresowań, kłopoty w kolejnych szkołach… Zmiany środowiska. Wyjazdy do innych miejsc. Z czasem i do innych krajów. Listę można by ciągnąć i ciągnąć. Picie alkoholu zmienia plany życiowe. Tak było w moim przypadku. Dość szybko zorientowałem się, że coś z moim piciem jest nie tak. Świadczyły o tym planowane okresy abstynencji… Z powodu… albo i bez powodu. Postanowienia i przysięgi. To nic innego jak próby kontrolowania swojego picia. Podejmowane przeze mnie przez lata niezliczoną ilość razy. Próby udowodnienia sobie i innym tego, czego udowodnić się nie da. Najgorsze w tym wszystkim było to, iż nie potrafiłem nigdy przyznać się do kłopotów i do tego, że nie radzę sobie z życiem. Przyznać się i poprosić o pomoc. Po prostu. Zrobić to, co robią inni ludzie wtedy, gdy są w kłopotach, oni szukają pomocy i z niej korzystają. Dwadzieścia jeden lat temu trafiłem do wspólnoty AA, właściwiej chyba byłoby napisać, że wpadłem tylko na chwilę. Po pomoc, ale nie potrafiłem uczciwie przyznać się do tego, co mi naprawdę dolega. Moje picie alkoholu było tylko czubkiem góry lodowej… pod powierzchnię wody nie chciałem i na tamten czas nie bylem w stanie nawet zajrzeć. Dlaczego? Bo musiałbym przyznać się do porażki, do tego, że nie radzę sobie sam ze swoim własnym życiem.. Cena, którą przyszło mi za taka postawę zapłacić była wysoka. Wymyśliłem sobie na przykład, że się ożenię i że sam ten fakt spowoduje, że to szaleństwo się skończy. Myślałem wtedy, że się ustatkuję będę dobrym mężem, ojcem, odpowiedzialną głową rodziny. Zupełne oderwanie od realnego świata, rzeczywistości. Wiele lat później odkryłem, że jest to jedna z podstawowych cech szaleństwa zwanego chorobą alkoholową. Znane ogólnie pojęcie szaleństwa, to robienie w kółko tych samych rzeczy, powtarzanie tych samych błędów, z nadzieją uzyskania innych rezultatów. Do czasu mojego małżeństwa, głównie ja ponosiłem konsekwencje swojego pijaństwa i sposobu życia. Krzywdziłem teą innych, traciłem przyjaciół. Ale nadszedł moment, w którym zacząłem krzywdzić osoby mi najbliższe, chociaż wtedy nie zdawałem sobie z tego sprawy. Tak naprawdę to nie interesował mnie nikt i nic. Tylko własne zachcianki i przyjemności. Kosztem innych najczęściej. Wszystkie zmiany, jakich dokonywałem, zmianę otoczenia, miejsc, ludzi, tłumaczyłem sobie poszukiwaniem sensu życia, poszukiwaniem siebie. Alkoholowe brednie. Po prostu. Tak naprawdę to była ucieczka, ciągle uciekanie od siebie i innych ludzi i od konsekwencji. Dziś wiem, że uciec się od tego nie da. Od pierwszego mitingu straciłem co prawda tzw. komfort picia, ale to było wszystko. Nazwałem się nawet alkoholikiem. I uwierzyłem w coś, co jest kompletnym szaleństwem. W to że abstynencja równa się trzeźwieniu. Ze wystarczy po prostu nie pic. I wszystko się ułoży… samo się ułoży… jakoś się ułoży… Ale wiem dziś, że to przyjście na miting uratowało mi życie, te okresy abstynencji dwu- i prawie trzyletniej, wielokrotnie ponad rocznej. Przez te dziewiętnaście lat piłem może jakieś dwa-trzy lata. Gdyby nie AA, te proporcje byłyby zupełnie odwrócone. O ile moje picie nie zaprowadziłoby mnie wcześniej na cmentarz. Życie rodzinne to była kolejna porażka. Pod pretekstem zarobienia pieniędzy, po to by poprawić jakość naszego życia, wyjechałem za granicę. Kolejna ucieczka. Po prostu. A tam? Cóż… hulaj dusza, piekła nie ma. Całe życie goniłem za czymś, za ułudą, że jak to dostanę, to wszystko się zmieni. Z pieniędzmi było to samo. Miałem nareszcie pieniądze. I zmieniło się. Na gorsze. Podwójne życie, zabawy, żadnej odpowiedzialności. W okresach abstynencji chodziłem nawet na mitingi. Pochwalić się… kolejnym samochodem, na przykład. Słyszałem ludzi, którzy mówili, że jest jakiś program, niektórzy mieli sponsora, że może należy coś zrobić, wrócić do przeszłości, coś naprawić. To było nie dla mnie. Przecież ja nic nie muszę. I setki razy słyszałem czytane na początku każdego mitingu zdania. „Niektórzy z nas trzymali się starych sposobów myślenia, MUSIELISMY pozbyć się ich całkowicie”. Nie, to jakaś teoria, książki, które tak naprawdę nic nie znaczą. Przecież ja nie pije. I co jakiś czas kolejna próba, Z nadzieją, że tym razem już wiem, że teraz się uda, teraz przechytrzę. I następna porażka. Każda z nich coraz bardziej bolesna. Ulegałem też takiemu złudnemu wrażeniu, że jak o czymś wiem, to już to mam. Teoria, gadanie, pouczanie innych… mój poziom arogancji sięgnął zenitu. We wspólnocie, której spoiwem jest przyjaźń, ja nie miałem żadnych przyjaciół. I to oczywiście była ich wina. Ze mną po prostu nie dało się przyjaźnić. Teraz to wiem. W miarę upływu kolejnych lat picia/nie picia przestałem radzić sobie z życiem na każdej płaszczyźnie. Kontakt z rodziną zerwany, znajomi się odsunęli, pieniędzy zaczęło mi brakować. Zostałem sam i na nowo pogrążyłem się w alkoholowym szaleństwie. Próbowałem się jeszcze ratować, wróciłem do Polski na trzymiesięczną terapię. Ale po raz kolejny nie bylem uczciwy. Wróciłem tam pewnie odpocząć. Kilka miesięcy abstynencji i powrót za granicę. Ta sama historia jak w „Dniu świstaka”. Wylądowałem na ulicy. Rozpacz, frustracja i beznadzieja. Skraj przepaści, jak nazywa to Wielka Księga. Wróciłem na miting. Wróciłem do AA. I nie wiem skąd, ale od pierwszego dnia wiedziałem, że jeżeli chcę zmiany swojego życia, to musze zrobić coś innego niż do tej pory. Nic się nie zmieni, jak się niczego nie zmieni – powtarzali przez lata jak mantrę weterani AA. I chyba zrozumiałem, co mieli na myśli. Pojawiło się jakieś światełko w tunelu, nadzieja, że nie wszystko stracone. Nagle, sam nie wiem jak to się stało, porzuciłem stary sposób myślenia. Poprosiłem o pomoc drugiego człowieka, kogoś, kto przeszedł przez to samo piekło i dzięki tej wspólnocie, programowi 12 kroków i swojemu sponsorowi znalazł rozwiązanie dla swojego problemu. Znalazł sposób. Przez te wszystkie lata powtarzałem jak papuga, że każdy ma swoją drogę i ja tez musze znaleźć swoja. Dziś wiem, że mówiłem tak, bo nie chciałem pójść ta drogą, która tak wielu poszło przede mną. Droga duchowego rozwoju. I nie w pojedynkę. I pamiętam, że poczułem ULGĘ. Taką, jakiej zawsze szukałem. I po raz pierwszy to odczucie nie miało związku z piciem. Dla mnie był to cud. Moj sponsor uznał, że musimy wziąć się szybko do pracy, a na moje nieśmiałe „daj czas czasowi” powiedział tak: „Tadek, spójrz na swoje życie, masz wiele, ale jednego to ty już nie masz. Czasu! Ta choroba chce cię zabić!”. Brutalne słowa, ale dałem mojemu sponsorowi pozwolenie na taką ingerencję w moje życie. Zaufałem mu, wiedząc, że sam przez to przeszedł. Poznałem też jego sponsora, co było dla mnie ważne, bo dało mi pewność, że jego doświadczenie zakorzenione jest w zbiorowym doświadczeniu wspólnoty AA. Pamiętam, że ku mojemu zdziwieniu zaczęliśmy od przeczytania ostatnich kilku zdań z Wielkiej Księgi …oddaj się Bogu, jak go sam pojmujesz… uporządkuj swoja przeszłość… dziel się tym co odkrywasz.
To jest duchowy program zdrowienia. Sugerowany program działania. Wybór należy do ciebie – to usłyszałem na pierwszym spotkaniu. I powiedziałem, że tak, wybieram tę drogę, wypróbowaną przez tak wielu. Proste sugestie, ale niełatwe. Codzienna modlitwa, lista wdzięczności, mitingi, telefon do sponsora i innego alkoholika, czytanie literatury. I służba. Przez pierwszy rok zmywałem szklanki i parzyłem herbatę. W kroku pierwszym dostrzegłem swój problem, którym oprócz bezsilności wobec pierwszego kieliszka okazało się całkowita nieumiejętność radzenia sobie z codziennym życiem, krok drugi wskazał mi na rozwiązanie, którym okazała się świadomość, iż sam sobie nie poradzę i w kroku trzecim podjąłem decyzję o podjęciu działania. Oprócz pomocy drugiego człowieka, ja Tadeusz alkoholik potrzebowałem pomocy i opieki Boga. Podjąłem decyzję że jestem w stanie zrobić wszystko, aby wytrzeźwieć. I wiedziałem, ze jestem na właściwej drodze. I znów przypomniał mi się kolejny fragment z rozdziału „Jak to działa”, którego słuchałem przez lata na początku każdego mitingu: Jeżeli czytelnik tej książki poweźmie decyzje, że pragnie tego, co my w AA posiadamy i że jest w stanie zrobić wszystko, aby ów cel osiągnąć, wtedy jest już przygotowany do postawienia pierwszych kroków. Następnie zgodnie z sugestiami tego programu zawartymi w Wielkiej Księdze i z praktyczną pomocą sponsora, przystąpiłem do porządkowania własnej przeszłości, To było niełatwe, W kroku czwartym przyjrzeć się sobie, temu wszystkiemu, co wyrabiałem przez cale życie, pozbyć się uraz i pretensji, które hodowałem i nosiłem w sobie przez te wszystkie lata i zobaczyć swoje własne wady charakteru. Włożyłem w to sporo wysiłku, ale okazało się to możliwe. Gdy wyznałem to w kroku piątym Bogu, sobie i swojemu sponsorowi, odczułem po raz kolejny ULGĘ.  Uwolniłem się wtedy od obwiniania wszystkiego i wszystkich za to, jak wygląda moje życie. Zobaczyłem, że nikt nie przykładał mi pistoletu do głowy mówiąc: pij! albo: kłam! lub: kradnij. To były moje wybory. Świat jest, jaki jest i to ja powinienem się zmieniać. Dostrzegłem swe wady charakteru, o których istnieniu nie miałem pojęcia i z pomocą mojej Siły Wyższej zacząłem pracować nad tym, by się ich pozbywać. Najtrudniejszy był dla mnie krok ósmy, w którym zgodnie z sugestią mojego sponsora musiałem „wejść w buty” osób, które krzywdziłem I napisać, jak ja bym się czuł, gdyby ktoś zrobił mi takie rzeczy, jakie ja czyniłem innym ludziom. Zobaczyć, jak się czuła moja mama, żona, córka, moi przyjaciele i znajomi. Ci wszyscy, których krzywdziłem. Moj sponsor „poprosił” mnie bym listę kroku ósmego napisał w ciągu dwóch tygodni. Były to najbardziej bolesne i zarazem najbardziej oczyszczające tygodnie mojego życia. Zostałem przygotowany, by spotkać się z nimi ponownie. By spotkać się z drugim człowiekiem. To niełatwe, ale możliwe. Spotkałem się z wieloma. Doświadczyłem ciepła i wsparcia. Nigdzie nie zostałem odrzucony. Nawiązałem kontakt z rodziną. To dopiero początek odbudowania relacji, leczenia ran. Córka powiedziała mi: “chcesz być ojcem pokaz to w czynach!”. Mam kontakt z żoną, mamą i wieloma ludźmi z dawnych lat. Od żony usłyszałem – „cały czas miałam nadzieje ze się obudzisz z tego szaleństwa”. Wiem, że wiele zależy ode mnie; planuję działania i działam, ale rezultaty pozostawiam Bogu. Kolejne kroki to codzienne praktykowanie tych zasad we wszystkich moich poczynaniach. To też nie łatwe. Odzywa się we mnie czasami chęć pójścia na skróty, łatwiejszą droga, ale staram się to odrzucać. Nie jestem już sam i to jest piękne. Praca nad programem zajęła mi kilka miesięcy i kolejną sugestią mojego sponsora było to, bym dzielił się tym, co posiadam z innymi. I na mitingach i jako sponsor… Jeśli znajdą się chętni. O dziwo znaleźli się. I dziś musze powiedzieć, że praca z drugim alkoholikiem jest dla mnie czymś ważnym. Przede wszystkim zdałem sobie sprawę z tego, że pomagając im, pomagam też sobie i zabezpieczam się przed pierwszym kieliszkiem, jak pisał o tym doktor Bob. Jeżeli dobry Bóg pozwoli, to za 2 tygodnie będę obchodził drugą rocznicę swojej trzeźwości. Nie jestem doskonały. Popełniam pewnie błędy. Ale dziś potrafię się do tego przyznać. W moim słowniku pojawiły się słowa proszę, dziękuję, przepraszam – wypowiadane z głębi serca, a nie od niechcenia. Nauczyłem się tolerancji i akceptacji dla inaczej myślących. Czasami nie radzę sobie z problemami dnia codziennego, ale dziś o tym wiem. Nie muszę oszukiwać siebie i innych. Wiem też, jak i gdzie zwrócić się o pomoc. Służba we wspólnocie jest ważną częścią mojego trzeźwienia i wcale nie dlatego, że jestem wyjątkowo zdolny i chętny. Kiedyś usłyszałem od jednego z weteranów: zanurz się, zakotwicz w AA i nie pozwól, by to co zyskałeś czy odzyskałeś dzięki tej wspólnocie, od tej wspólnoty Cię odciągnęło. To ważne słowa dla mnie. Pewnie tracę czasami równowagę i czuję się jak ten gość, co wydobywa i rozdaje złoto, zapominając czasami o jedzeniu. Pewnie tak. Wiem, że to dopiero początek wspanialej drogi. I jeśli będę trzymał się tego, co dostałem, nic złego mi nie grozi. A wizja trzeźwego życia, jaką zaraził mnie mój sponsor na pierwszym spotkaniu, urzeczywistniła się w moim życiu. Jest to coś, co mam i czym staram się dziś zarażać innych. Czasami nawet się udaje. Najważniejsze jest to, że nie muszę już gonić za wiatrem. I szukać ulgi. Znalazłem ją w tej wspaniałej wspólnocie ducha.

Tadeusz - alkoholik wdzięczny w działaniu



Piją dla animuszu, poprawienia humoru albo rozluźnienia. Jedni upijają się do nieprzytomności, inne sięgają tylko po jedno piwo czy dwa kieliszki wina. Często dopiero życiowe dramaty powodują, że muszą się przebudzić.

marta           Marta opowiada, jak trzeźwiała. 

To, że Marta jest alkoholiczką dowiedziała się przypadkiem, kiedy trafiła do szpitala z cukrzycą. Była zaskoczona, w pierwszej chwili nie uwierzyła lekarzowi. Buntowała się, bo przecież nie upijała się na umór,nie zataczała się. Dzieci zawsze były wyszykowane do szkoły, mąż miał czystą koszulę do pracy – jest nauczycielem matematyki. 

Ona prowadzi swoją firmę księgową, biuro ma na dole, wystarczyło zejść kilka pięter niżej. Widziała rodziców z piwem pod sklepem i ich brudne, głodne dzieci. Na Śląsku, gdzie mieszkają, takich rodzin nie brakuje.
 Marta nigdy niczego nie zaniedbała. Większość moich pacjentek, to kobiety, które nie upijają się na umór,ale wypijają kilka kieliszków wina lub jedno piwo dla rozluźnienia,nagrodzenia się po ciężkim, pracowitym dniu albo rekompensowania sobie nieprzyjemnych sytuacji. 

Taki alkoholizm może pozostać niezauważony przez całe lata. Dopiero, kiedy zabraknie tego kieliszka wina, okazuje się, że jest duży problem – mówi Robert Rejniak, terapeuta uzależnień z Zespołu Psychoterapeutyczno-Szkoleniowego Terapeutica w Bydgoszczy, autor wielu programów profilaktycznych, terapeutycznych i szkoleniowych.   

 Marta bardzo źle znosiła pobyt w szpitalu, ciągle była poddenerwowana,miała wahania nastroju. Z minuty na minutę potrafiła ze skrajnej depresji wpaść nagle w radość i znowu w depresję. Czuła się, jak chora psychicznie. Nie chciała słuchać lekarza, prosiła o jednoosobową salę,bo inne pacjentki z nią nie wytrzymywały. Przyszedł do niej psycholog,długo rozmawiali. Zapytał ją, czy pije alkohol. 
Powiedziała, że okazjonalnie, ale od nitki do kłębka... wyszło, że okazja jest codziennie. Bo wpadła do niej koleżanka albo ona wyszła ze znajomymi tylko na jedno piwo. Potem uświadomiła sobie, że w jej domu zawsze był alkohol. Najczęściej czerwone wino. Ale nigdy by nie pomyślała, że dwa kieliszki czerwonego wina mogą doprowadzić ją do alkoholizmu. 
Dopiero,jak zabrakło tej "kropelki" alkoholu okazało się, że nie może bez niej funkcjonować.  - Uświadomiłam sobie, że codziennie piłam alkohol, bo tylko tak potrafiłam się rozluźnić. Kiedy siadałam sobie z książką w fotelu i kieliszkiem wina albo martini, zaczynałam czuć się naprawdę dobrze. Jak zdarzały się wieczory że nie było wina, czegoś mi brakowało. Na swoje nieszczęście mieszkam tuż nad całodobowym sklepem monopolowym. Lekarz powiedział, że picie alkoholu przy cukrzycy to pewna śmierć. A ona miała przecież dwójkę dzieci. Synek chodził do drugiej klasy szkoły podstawowej, córeczka była w zerówce. 
Najtrudniejszą rzeczą było powiedzenie mężowi, że będzie chodziła na terapię, że sama nie da rady.Pamięta jego zdziwienie, bo żonę naprawdę pijaną widział może ze cztery razy w życiu, a tutaj słyszy, że jest alkoholiczką, bo nie może zrezygnować z kieliszka wina.  - 
Trzeźwieję, ale to jest strasznie trudne. Boję się, że nie dam rady.Uczę się inaczej rozluźniać, ale kiedy jestem zdenerwowana, muszę ostatkiem sił powstrzymywać się. I jeszcze ten cholerny sklep na dole,wystarczy zejść kilka pięter. Rodzina okazuje się bardzo wyrozumiała,mąż mnie wspiera. Chociaż czasami nie mogę znieść tej jego podejrzliwości. Niby całuje mnie na powitanie, ale wiem, że bada, czy nie śmierdzę alkoholem. Pierwszy raz mi nie ufa. I muszę zrobić wszystko, żeby to się zmieniło.


  Marta